Ukraiński barszcz

Aktualnie obserwujemy na wschodzie niezwykle smutną rzeczywistość.  Bracia Słowianie wybijają się wzajemnie z inspiracji  elit najpodlejszych, a świat na tę okoliczność dał czasowo przyzwolenie na lokalne odrodzenie najbardziej ponurego programu społecznego, a raczej antyspołecznego, jaki kiedykolwiek znała ludzkość.  Programu, dla którego zwalczenia nie tak dawno poświęcono gigantyczne środki, energię i miliony ludzkich istnień.  Cóż, cel uświęca środki, a tu wszak trzeba rozszerzyć potęgę imperium zielonego papierka, by być jak najbliżej do zalegających w matce Ziemi surowców strategicznych.

Gdzie wchodzą w grę trzy główne grzechy człowieczeństwa: pęd do bezkresnego zwiększania stanu posiadania, do potęgowania doznań i do zaistnienia, tu wyrażającego się w nieprzytomnym pragnieniu władzy, najlepiej nieograniczonej, tam nikną wszelkie sentymenta, skrupuły, a nawet podstawowe, naturalne ludzkie instynkta.

Obrazek

Czy we świetle powyższego, należełoby przypuszczać, jakoby każda przyjemność miałaby się wiązeć z czymś wszetecznym, nazwijmy to po imieniu, grzechem?  Tak twierdzili niektórzy przez wiele stuleci i nie znali umiaru w umartwianiu się, odmawianiu sobie wszystkiego, co sie wiąże z czymś innym niż cierpienie.  Obecnie takie postępowanie klasyfikujemy jako masochizm.  Tak, że nie wiadomo, czy powinniśmy odżywiać sie z przyjemnością, czy też raczej starać się jadać przaśnie i skromnie, rezygnując z ostatniej chyba niewinnej radości, jaka pozostawia nam tak zwana cywilizacja.

Ale jeśli ta ostatnia opcja miałaby okazać sie słuszną, sens istnienia niniejszego portaliku byłby żaden.  Załóżmy więc sobie, że cokolwiek jest zgodne z Naturą, grzechem być nie może. Wprawdzie cywilizacja dochodzi do ostatniego stadium swojej egzystencji, co ilustruje prawa strona krzywej Gaussa, gdzie linia rozwoju asymptotycznie zbliża się do osi odciętych, ale my przecież od neokultury tzw Zachodu łatwo odciąć się możemy i powrócić do swoich oryginalnych, prasłowiańskich korzeni, do czego wszak predysponują nas nasze geny.

Nie zważając więc na trendy, aplikowane nam w postaci wszechobecnej prasowo-telewizyjnej indoktrynacji, ukłońmy sie w stronę tych poczciwych wschodnich Słowian, nie skażonych jeszcze przez faszystowskie tęsknoty, róbmy swoje i przypomnijmy sobie dzisiaj, jak się sporządza barszcz ukraiński.

Jak większość wschodniosłowiańskich potraw, zupinka ta jest niesamowicie pożywna, pełna odżywczych składników, mikroelementów i może z powodzeniem robić za posiłek jednodaniowy, który nasi zachodni sąsiedzi (takoż zresztą przesiąknięci słowiańkim genem, ale o tym może kiedy indziej), nazywają dumnie ajntopf.  Geneza tej ich smakowitej potrawy jest niezbyt chlubna, co wcale nie umniejsza jej wartości smakowo odżywczych.

Ale miało byc o ukraińskim barszczu, a nie o szkopskiej fasolówie.  Cechą charakterystyczną tego dania jest połączenie warzyw z rodziny kapustnych (brasiceae) ze strączkowymi, co ze względów audioolfaktorycznych praktykują tylko najodważniejsze plemiona.  Łączymy tu także smak buraków z pomidorami, co daje bardzo ciekawe efekty.

Porównajmy więc kilka sposobów sporządzania barszczu ukraińskiego.

Sposób pierwszy, dość ładnie opisany w gazecie.pl .  Weźmiemy:  około pół kilo niezbyt dużych buraczków mocno czerwonych,włoszczyznę, z włoską kapustą, ot tak, na spory garnek zupy, kartofelków powiedzmy z pięć i pół kilo pomidorów świeżych, albo mrożonych.

Także potrzebujemy trochę fasoli.  Moze być wielki Jaś, albo drobniejsza biała, na objętość około jednej szklanki, albo troche mniej.

Wreszcie do przyprawienia przygotujemy koncentrat pomidorowy i koncentrat z czerwonych buraków, także troche śmietany lub śmietanki, masło  (i proszę nie demonizowac cholesterolu), mąkę, czosnek, ziele angielskie, koperek, maggi albo wegetę, pieprz, cukier albo miód i rzecz jasna sól.

Przygotujemy co najmniej trzy garnki:  jeden, który wydać się nam może o połowę za duży, drugi mniejszy i trzeci, taki rondelkowaty do podsmażania pomidorów.  Klasyczny sposób nakazuje w przeddzień wieczorem namoczyć fasolę w dwóch litrach wody.  Zalewa się ją mianowicie wrzątkiem, a gdy wystygnie, wodę się wylewa, a fasolę płucze, po czym zalewa taką ilością świeżej wody, żeby ją przykryła. Rano należy dodać liść bobkowy, albo dwa, ziele angielskie w ilości ośmiu do dziesięciu ziarenek i dolać wody tak, żeby to wszystko pływało. I zaczynamy pomału gotowac, chaj sobie pyrka pod przykrywką.  W międzyczasie umyjemy, obierzemy i pokroimy włoszczyznę, kartofle i buraki.  Co tam możemy zetrzeć, to zetrzemy na tarce o grubych oczkach, a ogony (por, pietruszkę, seler i co tam jeszcze) zwiążemy nitką, wszystko wrzucimy do drugiego garnka, zalejemy wodą w ilości półtora litra  Możemy posolic z lekka teraz, albo później i tez niech się pomału gotuje.

A teraz wypłuczemy pomidory, pokroimy je ad libidum i wrzucimy do trzeciego garnka. Jak widać, Ukraina słynąć musi z produkcji oraz użycia dość istotnej liczby kuchennych naczyń.  Dodamy masło, trochę wody i poddusimy na niewielkim ogniu, mieszając, ażeby zawartość się nie przypacła do dna, albo co gorsza, żeby się nie przypaliła. Gdy pomidory zmiękną, przetrzemy je przez sitko bezpośrednio do garnka z gotującymi się warzywami. Oczywiście, możemy pójść na skróty i zastosować od razu pastę pomidorową, albo już rozdrobnione pomidory z puszki po włosku. Przez to zeswatamy sobie takie trochę małżeństwo ukraińsko-włoskie.

Fasola powinna być miękka, ale nie do końca rozpurchlona. I znów mamy możliwość zastosowania pewnego skrótu na przełaj i możemy użyć fasolki puszkowej, bez żadnego uszczerbku na walorach finalnej zupy. Wreszcie przystępujemy do ostatecznego redukowania liczby garnków na kuchence, dodając wszystko, co nam sie gotuje, do tego największego garnka, modląc się, żeby nam się to zmieściło.  I przyprawiamy.  Jeszcze wyciągniemy umiejętnie za nitkę związane ogony od naszych warzywek, odciśniemy, a suche i już wymamłane zielsko wyrzucimy.  Następuje etap prawdy, a raczej prawdziwej sztuki.  Bierzemy cukier, czy tez miód, sól, pieprz, ewentualnie koncentrat maggi’ego, koncentrat z buraczków, pomidorków i uważamy, aby nie przedobrzyc z żadnym z wyżej wymienionych kondymentów.  W rezultacie naszego artyzmu ma to być ni to burak, ni to pomidor.  Na sam koniec  zabielimy mąką i śmietaną (chyba nie muszę wyjaśniać, w jaki sposób się to robi, żeby nie powstały obrzydliwe klumpy).  I już zupełnie na sam, samiutki koniec, rozgnieciemy czosnek i dodamy do zupy.  W ten sposób wprawdzie mamy ową wyżej wymienioną parę ukraińsko – włoską, ale Lenin wciąż jest między nami…

Barszcz ukraiński dekoruje się na talerzu, lub w kamionkowej miseczce, zieleninką to znaczy zieloną pietruszką (nie chcę tu uzywać ekspresji nie zawsze uważanych za przyzwoite, takich jak na ten przykład: „Nać”) oraz koperkiem.

Gdyby nie fakt, że to hasło splugawła banda degeneratów, powiedziałbym teraz, Sława……..

A tak, nie mogę.  Pozdrawiam więc tylko serdecznie naszych poczciwych krewniaków na Wschodzie.

IMG_0001A

 

Obrazek specjalnie dla potrzeb Bloga, autorstwa pani Ani Kulesz

http://annakulesz.yolasite.com/

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s