Ukraiński barszcz – według Magdy Gessler

Teraz zobaczmy, jak w materii ukraińskiego barszczu radzi kulinarna celebrytka (jak ja nie cierpię tej ekspresji!) Magda Gessler:  Cytując popularną publicystke, obawiam się, że nie unikniemy tym razem sztampowego formatu typowego dla suchych przepisów z kolorowego magazynu redagowanego gdzieś w Rajchu.  Spróbujemy jednakże opis ten uczynić jak najmniej suchym.

Na ugotowanie barszczu ukraińskiego kuchmistrzyni przeznacza aż dwie godziny pracy.

Zamoczymy fasolę przez noc.  Gdy nadchodzi czas, w którym możemy sobie pobuszowac w kuchni, ugotujemy fasolę, żeby była miękka. Mięso i grzyby zalewamy zimną wodą i gotujemy na wolnym ogniu przez godzinę z zielem angielskim i liściem bobkowym. W międzyczasie oczyszczone warzywka, a to marchewki, pietruszki i buraki kroimy w słupki, albo półdolarki lub możemy zetrzeć na tarce o dużych otworach (zupa ładniej wygląda, bo jest bardziej klarowna, jeśli pokroimy, ale szybciej jest zetrzeć na tarce). Tak powiada oryginalny przepis, ale po co mamy zupę uczynić klarowną, skoro i tak będziemy ją za chwilę zabielać śmietanką? Dodajemy warzywa do gotującego się mięsa z grzybami. Pokroimy też por, cienko, a ukośnie i wrzucimy do zupy. Jeszcze kartofle pokroimy w kostkę, a kapustę poszatkujemy i także umieścimy w towarzystwie poprzednio wymienionych składników.  Po dziesięciu minutach wyłowimy mięso, pokroimy w małe kawałki i wrzucimy z powrotem do garnka. Teraz dodamy ugotowana fasolkę, i dosmaczymy przecierem pomidorowym, kwasem z buraków, sokiem z cytryny, roztartym czosnkiem, cukrem, solą i pieprzem. Zabielimy śmietanką, rozlejemy do miseczek i posypiemy koperkiem. Możemy do każdej miseczki dołożyc połówkę jajka na twardo.

Pani Gessler twierdzi, że zupa smakuje lepiej następnego dnia. Powiada również, że zamiast śmietanki można użyć 22% śmietany, ale wtedy smak będzie ostrzejszy. Tać czemu nie? Do zupy można też dodać obrane, pokrojone w kostkę pomidory. Twierdzenie, iż wersja wegetariańska smakuje równie dobrze, pominiemy sobie dyplomatycznie, albowiem o imitacjach możemy porozmawiac o innym czasie i w innym miejscu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Ukraiński barszcz – według Magdy Gessler

  1. Dzonyy pisze:

    Panie Bardzo, wg mnie i moich zupowych potomków, każda zupa nazajutrz smakuje lepiej. A mam tych sępów trzy sztuki, z których to jedna sztuka wraca ze szkoły i pyta: tata, jaka ziupa? Mimo iz już dawno nie sepleni, taka tradycja. A mnie się, mimo upływu lat, kroi coś w sercu, że człowiek w typie ojca potrzebny jest do ugotowania choćby „ziupy”. Bo w końcu tradycja nakazuje aby zupa była, al najważniejsza ze sztuk, czyli kino uczy, ze „obiad bez zupy jest jak kobieta bez d..py”, niezapomniany Marcello Mastroiani.

  2. Bardzo pisze:

    Wlasnie.
    tata jest od tego, zeby dziecku ugotowal ziupę.
    Wlasnie przyszla ilistrancja do Barszczu od mojej ulubionej artyski malarki, pani Ani Kulesz. Zaraz wstawiam.

  3. Anka pisze:

    Miło mi bardzo, Panie Bardzo, zaistnieć skromnie na Pana Blogu. Współpraca z Panem, to prawdziwa przyjemność.
    Wobec tego i ja zapraszam na stronę http://www.annakulesz.pl do obejrzenia innych moich prac, gdzie również pojawi się krótka relacja o tym jak tworzyliśmy i wydawaliśmy książki. Tylko muszę złapać trochę czasu, bom kobita strasznie zabiegana.
    Serdeczności i pozdrowienia.

  4. Dzonyy pisze:

    Barszcz barszczem, ale o innej zupie chciałem i to nie w polskim wykonaniu, tylko w węgierskim. Nie pamiętam, przyznam, czy pisałem o tym, bo ostatnio dopada mnie coś w rodzaju sklerozy, nadmiar pracy, brak urlopu na który czekam niecierpliwie, jeszcze miesiąc, zagonienie i w ogóle takie nieprzystające do oazy kuchennego spokoju i nastroju sytuacje. Mianowicie, zupa pomidorowa. Na Węgrzech, przy drodze skądś dokądś csarda. Taka, wydaje się miejscowa, nie nastawiona na turystów, zresztą brak obcych rejestracji, tylko węgierskie. Zajeżdżamy, wchodzimy, czysto, schludnie i pachnie. Bo jak w knajpie nie pachnie jedzeniem, to należy zmykać jak najdalej i pamiętniku zapisać, żeby nigdy więcej. Siadamy. Manu było węgiersko-niemieckie, czyli, jak na Węgry standard. Moje sępy, hmm……zastanawiają się co by tu na zupę i czy w ogóle. Ja wiem co. Gulasz i bez dyskusji, a one cha zupę. Padło na pomidorową. No to ja do tego sobie halasle. Pani się uśmiechnęła i zniknęła. Przyniosła pomidorową dla sępów, gęsta widać, z makaronem (są dwa obozy, które nigdy się nie pogodzą, prawda? Z makaronem lub z ryżem….). Mordki im się cieszą, widzę, czerwoniutka, gęsta…Wzięły po łyżce i ……3 pary zdziwionych „wzroków” na mnie. Co jest – pytam. A one chórem, tatuś, ale ta zupa jest słodka! Spróbowałem, faktycznie. Zupa pomidorowa była słodka. Wszystko co trzeba, kwaskawość pomidorów (może sok, nie wiem, ale czuć, że w porządku), tylko chyba z cukrem była. Słodka. I pożegnałem się z moim halasle, które było, ostre, dobre, jak należy, pycha. rozdrapały we trzy i tyle było węgierskiej rybnej. Nie domawiałem kolejnych, bo dostały po drugim daniu i znikło w mig, nawet nie chciały gulaszu. Takie doświadczenie, ale knajpka przy podrzędnej drodze, schludna, jedzenie dobre, cóż, co kraj, to obyczaj, słodka pomidorowa, ale o to chodzi. Będąc gdziekolwiek nie zamawiać frytek, tylko warto zaryzykować. W te wakacje mamy zamiar wyruszyć do Norwegii, potem do rodziny do Holandii. Holandia kulinarnie w miarę obeznana, Norwegia nie. Zobaczymy.

  5. Anka pisze:

    Hmm… ja do pomidorowej też dodaje cukier. Tak robiła moja mama, która gotowała świetnie i to jest smak mojego domu. Musi być on jednak w ilości ledwie wyczuwalnej, bo to przecież nie deser.
    Z ryżem , makaronem czy cieniutkimi kluskami lanymi , pomidorowa jest moją ulubioną zupą. Ale z ziemniakami ugotowanymi osobno i w całości wkładanymi do zupy nie powinna być słodkawa. Wtedy lepiej pozostawić bez dodatku cukru, a wrzucić tylko pachnący koper. No, chyba , że dosłodzić tylko tak ciut, ciut.
    Była w moim domu krótka przerwa, że rodzina postawiła tylko na drugie danie. Trochę się ucieszyłam, bo więcej czasu na malowanie, ale szybko usłyszałam „a zupy nie będzie?”

  6. bardzo pisze:

    Mialy byc barszcze a zeszlo na przyziemna pomidorówkę.

    Włosi nie wyobrażaja sobie pomidorów, szczególnie gotowanych, bez bazylii. Takoz kiedys rozmoczyłem półtorej łyżeczki bazylii w odrobinie czerwonego wina I dodałem do zupy, gotojąc kilka minut.

    Wrażenie niezapomniane. Zaraz staliśmy się Italiańcami na całe popołudnie.

    Nie oprę się skromnej pokusie fantazji. Dodatek czosnku i aromatycznego czarnego pieprzu, najlepiej świeżo zmielonego, potęguje italiańskość owej prostej zupiny. Oregano nie musi być, jako że bardziej pasuje do potraw więcej mięsnych i rzecz jasna do tych wszystkich potworów, jakie pływają krytą żabka w Morzu Śródziemnym, a bez których nie ma włoskiej kuchni.

  7. bardzo pisze:

    Pani Aniu, mi też miło, że Pani zgodziła się czasem coś namalować na ten blog. To o wiele ciekawsze moim zdaniem, niż sztampowe ściągi z Sieci, albo banalne fotogramy. Szczególnie ten pietruszek wygląda toczka w toczku jak mołojec jakiś, może nie?

  8. Dzonyy pisze:

    Dla mnie to było zaskoczenie, ta słodka pomidorowa. Nie to, żebym krytykował, jeśli tak to zabrzmiało, to nie miało tak być 🙂 A pomidorowa nie jest przyziemna zupą 🙂 wiem, oczywiście, że barszcz to wyższa szkoła jazdy. Włoskie pomidory pachną inaczej, smakują inaczej, więcej słońca. Sory, taki mamy klimat 🙂

  9. Anka pisze:

    Ach, i tu jest pies pogrzebany… pomidory włoskie tak jak polskie dziewczyny, mają naturalną słodycz, dlatego dosładzanie jest niepotrzebne :-). Cenię barszcz, mniej czy bardziej rosyjski, jednak na przyziemną pomidorową też się nie zgadzam.
    Natomiast zupa cebulowa nie wzbudza mojej sympatii, ale rodzina się uparła, więc Panie bardzo, proszę o pomoc.

  10. bardzo pisze:

    Francuska zupa cebulowa, to formalnosc. Oryginalnosc tkwi w sposobie podania.
    Pokrojone w grube plastry trzy spore cebule podsmaża sie na oleju z dodatkiem czosnku. Ilość tego przemiłego kondymentu zależy od preferencji osobistych. U nas dodaje się jakieś może dwa albo trzy grubo pokrojone ząbki. Gdy cebula jest już barwy więcej niż złotej, dodaje sie troche oleju z oliwki, sól, pieprz i dolewa rosołu albo wrzątku z kostka rosołową, albo gorąca wodę zaprawioną wegetą w ilości trzech i pół szklanki. Teraz sie ocenia, czy nie za gęste i w razie konieczności dodaje więcej ciekłej fazy. Zaprawia się bazylią, ziółkami do wyboru i dodaje kieliszek białego wytrawnego wina, po czym staramy się już nie gotowac, a raczej utrzymywać gorące przez kilka minut. Można zlekka dosmaczyc szczypta cukru, ale ostrożnie.
    Zupę nalewamy do kamionek, a jak nie mamy, to do ciepłoodpornych ceramicznych miseczek, do każdej z nich wkładamy grzankę sporządzoną na patelni z bułki rzecz jasna paryskiej I kładziemy kawałek sera. Na przykład mozzarella. I zapieka sie, aż ser się roztopi, a nawet zlekka przyrumieni na brzegach. I to wszystko.

    Mam nadzieje, ze nic nie przeoczylem.

    We Francji gdy kucharz chce okazać szczególną estymę swym gościom, sam z nimi zasiada do stołu, przynosząc z kuchni własny talerz I utensylia. Myślę, że w kraju, gdzie ludziska mają prawie tak samo wielkiego zajoba na punkcie żarcia jak Włosi, ten zwyczaj jest bardzo miły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s