Gwiazda Betlejemska

Dziś odbiegniemy nieco od tematu kuchni, ale o potrawach wigilijnych piszą teraz wszyscy.  To jest żelazny temat wszystkich publikatorów, taki jakby atrybut sezonu. Tak więc pociągnijmy dalej Opowieść Wigilijną, a tematy pożywienia same w sposób naturalny pojawią się w niej prędzej, czy później.  Proszę więc o cierpliwość.

Tej nocy stróże trzody spali szczególnie twardo.  Poprzedni dzień był niezwykle pracowity. Niespotykanej liczebności horda szakali pokiereszowała wiele sztuk bydła i owiec, z których kilku nie można już było ocalić. Żadna pociecha, że pasterze wytłukli całą masę napastników, przy wielkiej pomocy psów wiernych, a także Heraklesa, wielkiego, czarnego byka rodem z Krety, dzielnie stającego w obronie swego haremu. Sam Herakles zresztą także słabował wielce od wyrwania mu żywcem kilku kawałów ciała przez krwiożercze bestie. Potem trzeba było połapać rozpierzchłe stado i przyjąć trudny poród cielęcia.  Pod wieczór chłopaki lecieli z nóg i nawet ich dowódca, ponury wielkolud, którego wołano Hefajstosem, nie miał sił na obyczajne dla niego porykiwanie na podwładnych.

Chwycił przymrozek. Szron zabarwił na sino chrusty i badyle krzaków kolczastych w świetle księżyca, którego rogi zwrócone były w górę, co w tamtych stronach jest zjawiskiem normalnym. Komu dane było spać, zawijał się w chlajnę, derę i we wszystko, co miał. Niektórzy wtulili się w ciepłą sierść swoich podopiecznych, nieliczni szczęśliwcy ułożyli się blisko ognia.

Wyznaczeni wartownicy stłoczyli się przy własnym ognisku, u skraju pastwiska. Pogryzając upieczone kawałki mięsa ze zwierząt, które trzeba było dobić, placki jakieś z pieprzem i popijając czerwonym winem libańskim z wodą, nasłuchiwali odgłosów Natury, czy przypadkiem nie skrada się głodna pantera, lwica, albo wataha hien. Psy czujne a mądre krążyły wokół, a wsród nich wodziły prym dwa ogromne gładkowłose owczarki afrykańskie, jakich Hotentoci używali do ochrony stad przed lwami.

Nie upłynęła godzina, a i oni przysnęli snem sprawiedliwych. Przytomny pozostał jedynie Tetliteas, jąkała i popychadło, z którego wszyscy się naśmiewali za przyczyną jego nieumiejętności mowy gładkiej, a uszczypliwej. Wiadomo, że leżącego kopnąc najbezpieczniej.

Tetliteas z siekierką w dłoni łaził dookoła obozowiska i mrucząc coś do siebie, patrzył w niebo, roziskrzone milionami gwiazd, które starał się przeliczyć, jako że sztukę liczenia posiadł doskonale, nie będąc zgoła takim głupim, na jakiego patrzył. Wciągał głęboko do płuc rzeźkie powietrze nocy i widział własny swój oddech, któremu to zjawisku nie mógł się nadziwić.

Chłopak spać w nocy nie mógł. Przesypiał bowiem zwykle większą część dnia, by towarzyszom swoim nie leźć w oczy, nie chcąc prowokować docinków przykrych ze swej ułomności.  Za to pierwszy był zawsze do wszelkich powinności nocnych, do stróżowania, do opieki nad nowonarodzonych przychówkiem, do rozdzielenia splątanych rogów baranów walczących o władzę nad stadem, a nawet do pielęgnacji serów w szałasie specjalnie w tym celu postawionym. Gadał przy tym do zwierząt, a tym nie przeszkadzało, iż mowa jego chropawa była i kulała.

Tym razem trzoda, nie ochłonąwszy jeszcze z przerażenia wywołanego atakiem drapieżców skupiła się ciasno w ogrodzeniu, a bydło z właściwą sobie przemyślnością uformowało szyk, w którym jednostki słabsze i cielęta chronione były we środku grupy, a na zewnątrz kręgu sterczały długie rogi starszych i silniejszych osobników, od których nawet lwica trzymać się musiała z dala. Tetliteas ośmiechnął się do siebie na widok dowodu sprytu żywiny i uspokojony sięgnął do paska po uwiązany tam dzbanek z zimną wodą podprawioną winem.

Jednak wpół owego ruchu zamarł jak zmrożony. Poczuł bowiem, nie usłyszał i nie ujrzał, a poczuł jakimś pasterskim dziewiątym zmysłem zupełnie blisko obecność czegoś lub kogoś obcego.

Ostrze siekierki ze świstem przecięło powietrze. Osobnik, który stał tuż za pasterzem przytomnie odparował cios trzymaną w dłoni laską, po czym łagodnie powstrzymał za przegub zbrojną rękę.

­– Tetliteasie – ozwał się obcy łagodnym głosem – Tetliteasie, nie jestem ci wrogiem, ani tobie ani towarzyszom twoim.

Grek zdumiał się wielce. Otworzył gębę i chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, bo przecież był jąkałą.

– Wiem, co chcesz rzec – ciągnął nieznajomy – pragniesz wiedzieć, kim jestem i zapytać, skąd znam zawołanie twoje.

Tetliteas spojrzał na gościa z ciekawością, acz bez trwogi, jako iż dziarskiego greckiego pasterza przerazić jest niezwykle trudno. Mąż wzrostu słusznego obleczony był w długą szatę, która w poświacie niebieskich ciał wydawała się lśnić własnym, błękitnym blaskiem. Jasne, gęste włosy jego spływały na kark i do połowy pleców, a w dłoni dzierżył jakby kij podróżny, jednak prosty, niczym krótki dziryt rzymskiego konnego żołnierza i zakończony rękojeścią w kształcie kuli. Jednak najbardziej fascynujące były lazurowe, jak niebo nad Naszym Morzem oczy owej postaci, z których emanowała czysta dobroć.

– Tak, panie – to jedno, co zagadnięty zdołał wypowiedzieć.

– Powiem ci zatem. Jestem przybyszem z bardzo daleka, a imię twoje znam, albowiem wiem wiele rzeczy, więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a czasem dumam, że więcej, niż sam chciałbym wiedzieć…

– Jesteście Doryjczykiem, panie, prawda?

– Mniemasz zapewne po mowie. Nie, nie jestem Grekiem, ale mówię wieloma językami i narzeczami. Ale do rzeczy.  Przysłano mnie tu, bym wam rzekł, iż ów czcigodny Jusuf, który z małżonką swoją przebywa w szopie, gdzie wczoraj ostrzyliście siekiery, może potrzebować wsparcia waszego i pomocy. Budź swoich, bieżajcie.

– Panie, ja tu robię za popychadło i nie posłuchają mnie, a wyśmieją, albo pobiją, że ich budzę w środku nocy – Tetliteas z wrażenia zapomniał, że się jąka.

Promienny uśmiech cudzoziemca rozjaśnił nocny mrok chyba na dwadzieścia podwójnych kroków z okładem.

– Zatem obudź tego waszego Hefajstosa i niech on was wiedzie do szopy Jusufa.

W stronie, gdzie znajdowało się nie bardzo podłe miasteczko zwane Domem Chleba, gwiazda jaśniejsza od wszystkich zdawała się zmierzać ku ziemi, ciągnąc za sobą ogon świetlisty. Gdy Tetliteas obejrzał się za siebie, nie ujrzał już nikogo, jeno ślady sandałów widniały w poświacie księżycowej.

Pędem ruszył do namiotu bacy.

– Hefajstosie, Hefajstosie – targał za ramię śpiącego – wstawajcie, prędko…

Olbrzym zerwał się na równe nogi i już w dłoni miał swą maczugę z dębczaka, w której tkwiły wrośnięte kawałki krzemienia o ostrych krawędziach.

– Co jest, znowu te przeklęte hieny?

– Nie, nie hieny. Jusuf z Nazaretu w niebezpieczeństwie. Pewnie hewrejski motłoch chce ukamienować niewiastę jego. Bieżajmy na pomoc!

– Co ty gadasz, głupi. Łazisz po nocym gapisz się w gwiazdy i masz jakieś przywidzenia, albo myśli złe.  Nie przeszkadzaj spać, dzień był wredny, a i nie wiadomo, co jutro przyniesie. Wypoczywać trzeba. Idź lepiej i ty spać – tym razem Hefajstos nie zauważył, iż młodzieniec mówi gładko i płynnie.

– Gdybyście i wy, zacny Hefajstosie, takoż patrzyli  w niebo, widzielibyście to, co i ja.

Gwiazda jaśniała już silniej od księżyca i rozrosła się do wielkości owoca granatu. Zatrzymała się może na wysokości mili, czy półtorej i widać było, jak obraca się zwolna dookoła własnej osi.  Nagle dało się słyszeć ni to przeciągłe wycie, ni to świst, zakończony łoskotem jakby pioruna i z owego ciała niebieskiego strzeliła ku ziemi wąska smuga delikatnej, jasnobłękitnej poświaty.

– Wstawać! – ryknął Hefajstos przeraźliwym basem, aż najbliżej stojące barany cofnęły się w przerażeniu o kilka kroków. Nie minęło tyle czasu, ile potrzeba, by zliczyć do dziesięciu, a nawykli do stawiania czoła niebezpieczeństwom pasterze stali zbrojne, gotowi na rozkazy wodza. Nikt nie tracił czasu na zbędne słowa, czy zapytania. Długi wąż zawadiaków pod wodzą straszliwego wojownika, rzuciwszy budy, watry, stada, a pozostawiając je pod opieką owczarków, ruszył oszczędnym  półbiegiem w kierunku, gdzie miało miejsce przedziwne zjawisko. Każdy dzierżył w dłoni oręż jakiś, a to toporek, a to oszczep, maczugę, procę, lub choćby nóż, kilku niosło łuki, a jeden taszczył na plecach jońską gastrofetę o rozpiętości chyba ze czterech stóp.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Gwiazda Betlejemska

  1. Nemo pisze:

    Panie Bardzo- sumienia pan nie ma 😉 Proszę wrzucić całość.

  2. bardzo pisze:

    Nie ma calosci. To sa tylko streszczenia. Calosc to ksiazka Tak Byc Moglo. I jest tego bardzo duzo, okolo stu stron z ilustracjami. Jest tam watek o Trzejkrolach, i o genezie gry w czatrang, zwanej tez szachami, i o Slowiance na dworze krola Heroda. Teraz dociagniemy tylko do momentu kulminacyjnego i pozostawimy pytanie Co dalej.

    W czasach mojej zamierzchlej mlodosci na TV dla dzieci szla taka piosenka: Spotkaly sie na tej polce, ksiazki rozmaite, opowiemy wam dzis o nich, nim zaczniecie czytac, opowiemy tylko troche, i wiem doskonale, ze zechcecie sie dowiedziec, co dalej, co dalej…

    • Nemo pisze:

      Panie Bardzo oczywiście miałem na myli ów punkt kulminacyjny i już nie mogę się doczekać. Ja również wychowałem się w czasach, gdy w TV były tylko dwa kanały, ale za to wartościowych programów dla dzieci i młodzieży emitowano na nich znacznie więcej, niż na obecnym multipleksie a nawet satelicie. „Kwant” ,”klub Zdobywców oceanów” czy „Sonda”, że wymienię tylko moje ulubione, do dziś nie doczekały się na godnych następców.
      Internetu jak wiadomo nie było i słowo pisane miało swą cenę. Nie tylko szkoła zachęcała do czytania imponującą listą lektur, bo i w domu, w każdym razie moim, panował zwyczaj czytania dzieciom bajek do poduszki.
      W książkach zakochałem się od pierwszego wejrzenia, gdy tylko nauczyłem się czytać i w czasie mego dzieciństwa i młodości byłem ,rzec by można, regularnym książkowym molem 🙂 Jestem z resztą tej miłości wierny po dziś dzień, choć czasu brakuje z powodu różnorakich obowiązków, zawsze znajdę go trochę na wartościową lekturę.
      Pozdrawiam!

  3. bardzo pisze:

    Milo mi. Dzis bedzie kulminacyjny punkt. A potem wracamy do kuchni.

  4. RomanK pisze:

    To szanowny panie bardzo znajdzie pan dywagacje na temat daty urodzin Pana Naszego:
    http://taylormarshall.com/2012/12/yes-christ-was-really-born-on-december.html
    Nie zajmuje zadnego stanowiska… ale taki przyczynek moze sie przydac.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s