Opowieści Wigilijne

Idą Święta.

Powinniśmy teraz, jak wszyscy, rozmawiać o wigilijnych tradycjach, głównie kulinarnych, o tej świątecznej atmosferze przesyconej zapachem świeżej jedliny, stearyny z choinkowych świeczek, cynamonu, pomarańczy, rodzynek, mieszanki piernikowej, pasty do podłogi „postnego” bigosu, i jeszcze tam czegoś.  Ale po co, skoro o tym trąbią wszystkie przekaziory:  gazety, kolorowe tygodniki kobiece, telewizja, radio, plakaty i afisze. O obyczajach Świątecznych, rozmaitości potraw wigilijnych z różnych regionów i krajów, o tym śmiesznym, brodatym  pajacu w czerwonym kubraczku któremu asystuje gromada jeleni i czereda krasnoludków w zielonych poczoszkach. Wszystko pełne jest Świąt, wszystko nagli do jak najbardziej nerwowych, a zatem nieprzemyślanych zakupów, zarówno żywnościowych, jak i całej kupy nikomu niepotrzebnych rzeczy, a to na prezenty. W tym sezonie, jak nigdy, przewija się wszędzie magiczne słowo Christmas, jakby zakazane w latach poprzednich. Christmas kojarzy się przede wszystkim z zabawami na śniegu, którego akurat mamy nawet za dużo, z przygotowaniem do świątecznego obżarstwa, a przede wszystkim bieganiem po sklepach w poszukiwaniu najprzerozmaitszych nabytków po okazyjnych cenach.  I o to chodzi, o to chodzi, jak śpiewała ta małpa z bananem w piosence Młynarskiego. Ludziska biegają po sklepach i literalnie biją się na pięści, nogi i zęby, a nierzadko i na elektryczne paralizatory o nędzną parę babskich majtek, czy chiński odtwarzacz do płytek za trzydzieści zielonych.

Problem jest poważny. W tym całym chaosie, mimo powszechnej obecności słowa Christmas, zapomnieliśmy literalnie, co to Święto oznacza. To rzecz jasna wyjaśnia pierwsze pięć liter owej nazwy aktualnego sezonu, ale kto o to dba, skoro cała uwaga skierowana jest na to, by wyprzedzić bliźniego swego w nieprzytomnym wyścigu po nowy telefon komórkowy, albo konsolę egzboks 1.

Ankieterzy pytali młodych ludzi, co to jest to Boże Narodzenie. Odpowiedzi były zaskakujące, często mniemano, iż jest to uroczystość poświęcona Świętemu (Santa). Niektórzy nawet znali imię owego Świętego, mianowicie Santa Claus (określenie pochodzi z języka holenderskiego).  Ale konkretnie, czemu właśnie teraz? Bo to urodziny Świętego, co mieszka na biegunie północnym (cha!  Na biegunie północnym można najwyżej zbudować zamek na lodzie, a długo on się tam nie ostanie, jako że isfjeldy mają to do siebie, że pływają). I razem z nim mieszka taka miła babcia w okularkach, która się nazywa Ms. Santa.

Kto to był ten Święty Mikołaj i czemu on jest dziś tak ważny? Cóż, to wielkie nieporozumienie, efekt przeniesienia dnia prezentów z szóstego grudnia na Boże Narodzenie. Ale zastanówmy się przez chwilę – czyje to są urodziny i komu właściwie należą się życzenia, kartki i prezenty?

Dwa tysiące lat temu z okładem, w dalekiej wschodniej prowincji augustiańskiego Cesarstwa para skromnych ludzi zmierzała z miasteczka Nazaret na południe. Starszy człowiek prowadził za kantar sporego osła, który ciągnął własnoręcznie sporządzoną w warsztacie taczankę, albowiem Jusuf był mistrzem sztuki ciesielskiej, którą to umiejętność nabył ongiś w szkole rabinackiej. Bo szkoły rabinackie uczyły również zawodów i na przykład Paweł z Tarsu zasłynął później jako wytwórca namiotów, a wszak więcej niż połowa ówczesnej ludności tamtego regionu prowadziła życie koczownicze, z tego powodu namioty były towarem wielce poszukiwanym. Na Jusufowym wózku siedziała, a raczej wpółleżała na podróżnych tłumokach młoda dziewczyna w stanie bardzo zaawansowanym, co cieśla mając na uwadze, prowadził zwierzę jak najostrożniej, by uniknąć wstrząsów na wybojach.  Na szczęście, rzymska droga była prosta jak drut i doskonale utrzymana, staraniem żołnierzy stacjonujących w garnizonie położonym na skrzyżowaniu z trasą prowadzącą do samarytańskiej Cezarei.

Jakie przesłanki nami kierują, aby przypuszczać, że Jusuf umieścił Miriam nie na oślim grzbiecie, jak przedstawiają pokolenia malarzy, a na wózku? Ano, czy ktokolwiek z nas kazałby swojej małżonce siadać w kulbakę, jeśli wiemy, że lada moment może rozpocząć się poród?

Ponieważ niniejszy blog zajmuje się najważniejszym aspektem w życiu człowieka i jego społeczności, a mianowicie pożywieniem, zacieśnijmy na chwilę nasze rozważania do tego tematu.  Jusuf miał w torbach zapasy. Z pewnością znajdowała się tam mąka lub kasza, suszone owoce, daktyle, rodzynki i być może cytrusy. Także orzechy i miód, ponieważ produkty te nie ulegają zepsuciu. Sól mogła służyć nie tylko do przyprawiania potraw, ale i jako środek wymiany. I oczywiście wino sporządzane rękami Żydów, jako że inne pijali tam tylko greccy i rzymscy poganie. Rzeczą oczywistą jest, że Jusufowe zapasy zawierały sporą ilość czosnku, a kto wie, czy i nie cebuli.  A może i por, świętą roślinę Rzymian. Pewnie i suszone ryby, przecież mamy do czynienia z Nazaretańczykiem. Sery nie, albowiem ser nie może przebywać w sąsiedztwie ryby, choćby najbardziej wysuszonej. Tak powiada Prawo.

Po niewątpliwych perypetiach, jako że odległość od Nazaretu do Beth Lechem wynosi więcej jak sto kilometrów, para, ominąwszy od południa stolicę prowincji – Jeruzalem, znalazła się na na peryferiach mieściny zwanej Domem Chleba.

Był marzec, albo początek kwietnia. W ciągu dnia pogoda była znośna, ale noce chłodne, a i zdarzał się prymrozek. W dodatku wieczorny wicher przybierał na sile, zacinając ostrym piaskiem. Jusuf zawinął głowę swoją i żony w chustę, sposobem podejrzanym u Beduinów, a i osłu zawiązał szmatą mordę, by choć trochę przed pyłem ochronić nozdrza bydlęcia.

Dom Chleba położony był o dwie godziny marszu do Jeruzalem, gdzie znajdowała się świątynia, której rozbudowę właśnie kończyli ludzie Heroda zwanego Wielkim. Wiadomo, że stołeczne gospody i zajazdy liczyły za gościnę dość słoną ilość denarów, przeto mniej zamożni pielgrzymi wybierali owo Beth Lechem na miejsce pobytu w czas wizyty w sanktuarium, gdzie znajdowała się Arka przymierza.

Jusuf z niepokojem spoglądał na pobladłą ze zmęczenia Marię. Nie troskał się o siebie, wszak lata ciężkiej pracy przy heblu, czy pile, uodporniły go na wszelkie wysiłki i niewygody ale Miriam to jeszcze prawie dziecko, nienawykłe do podróży w tak niedobry czas i w takim stanie.

Niewiele myśląc, skręcił do pierwszego z brzega domu noclegowego. Wiodąc za rękę młodą żonę, pchął odrzwia przybytku i wszedł do środka. Zaraz uderzył w nozdrza przybyłych zaduch człowieczego potu, wymieszany z nieświeżością tanim winem oddechów i wszechobecnym fetorem niedotrawionego czosnku. Nadszedł szynkarz, dzierżąc w dłoni pokaźnyh rozmiarów dzban, z którego dolewał wino do kupków. Konwie z wodą stały na stołach, a za wodę nie pobierano tu opłaty.

− Jestem Jusuf cieśla z Nazaretu, a to jest moja żona Miriam, która stąd pochodzi… – zaczął Józef, ale traf chciał, że słowa Nazaret i żona przebiły się przez pijacki rechot zgromadzonych.  Gwar ucichł.

− Galileczyk! Cudzoziemiec! – zawołał ktoś – Chyba z wnuczką, nie żoną – dorzucił drugi. I obleśne łapska wyciągnęły się w stronę dziewczyny, które krzepki stolarz przetrącił nieodłącznym kijem, który służył mu za laskę putniczą, albo za ciesielską miarkę.

Wrzask bólu połączył się z rykiem wściekłości zapijaczonej tłuszczy. Józef zasłonił sobą słaniającą się już na nogach Marię. Laga dźgnęła w żywot najbliżej stojącego zbira.

Będzie dalszy ciąg.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Opowieści Wigilijne

  1. Marucha pisze:

    Czy zauważyliście Państwo, że w Kościele Posoborowym Józef, mąż Marii – nie jest już wcale stary? I już się nie śpiewa „A Józef stary ono pielęgnuje” tylko „Józef Święty”…
    Tak, tak, Józef i Maria mają być, za przeproszeniem, „partnerami”. W podobnym wieku.

  2. Nemo pisze:

    Piękna opowieść panie Bardzo- ze zniecierpliwieniem czekam na ciąg dalszy.

  3. bardzo pisze:

    Nie, nie, na pewno Jozef byl czlowiekiem w pelni wieku, duzo starszy od Marii. Czytalem w przedwojennym wydaniu Zywotow Swietych. Mogl miec po czterdziestce. Maria (Miriam) byla bardzo mlodziutka, najwyzej mogla liczyc sobie lat 17.

  4. Zielona Gąska pisze:

    Ale co było dalej, co? Ja też czekam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s