Naleśniki po słowacku

Naleśniki po słowacku

Może trochę za wcześnie na słodkości, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota.

Lat temu dość sporo dane mi było przez chwilę przemierzać świat z Cyganami. Długa to historia i zawiła, w skrócie powiedziawszy, trzeba było otworzyć amerykańską firmę w Szwajcarii, ale jak to u Cyganów bywa, skończyło się na Słowacji. Po drodze z miejsca pobytu do miejsca budowy masarni znajdowało się podobno urocze miasto Poprad. Podobno, bo ja się nie za dobrze czuję w górach, przeto dla mnie piękne miasto to jest na przykład Gdańsk.

W Popradzie podawano na deser naleśnika, nazwijmy go po słowacku. Nie sądzę, aby to była potrawa regionalna, bo lokal był raczej z lepszych, nie żadna tam góralsko-ludowa knajpeczka (o takiej też kiedyś napiszemy), ale jakoś trzeba nazwać ten rozdział, niech więc będą naleśniki po słowacku.

Dwie dekady później i już po drugiej stronie Oceanu, gościliśmy pewnego razu znajomą parę z sąsiedztwa. Pani D. Oczywiście była na permanentnej diecie, albowiem tu wszyscy muszą być na diecie i traktowanie jedzenia jako czynność wstydliwą jest atrybutem domniemanej przynależności do Klasy.

Nie chcąc gości puszczeć do domu zbyt naszym zdaniem wcześnie, powiadam, zrobię obleśniki (tak powiedziałem, ale nikt się nie pokapował), ze serem. A jak robisz obleśniki ze serem? – pyta pani D. Z wyraźnym zainteresowaniem. Ano, żaden sekret, powiadam, proszę popatrzeć.

Najsampierw trzeba było zrobić wypełnienie, zwane wulgarnie farszem. Funt twarozku (niecale pol kilo) roztarliśmy z cukrem pudrem i ekstraktem waniliowym do smaku. Ponieważ do funta zabrakło kilku deko, dodaliśmy ugotowanej i rozpurchlonej na półrzadko kaszki manny.  I jedno żółtko roztarte z cukrem na biały kogiel mogiel. Chcieliśmy dołożyć ze dwie łyżki śmietany, ale widząc przerażony wyraz twarzy pani D, zastąpiliśmy śmietanę jogurtem. Można było wetrzeć poziomki, albo truskawki, albo rodzynki, ale poziomki to jest zwierzę tutaj prawie nie znane, truskawek nie mieliśmy, a rodzynek moja Żona nie znosi.

Wyjaśniam, iż użycie formy pluralis, nie ma nic wspólnego z jakimiś próbami podwyższenia się we własnych oczach, zresztą, jak powiadał Tadeusz Chyła: Manie wielkości jest chorobą karłów, ale prozaicznie w procesie sporządzania naleśników dzielnie sekundowaliśmy sobie wzajemnie z moją Lepszą Połową.

Wszyscy wiemy, jak się sporządza ciasto naleśnikowe, ale pro forma, przypomnijmy. Ciasto robimy z dwóch całych jajek, pół butelki piwa i takiej ilości mąki, aby ciasto było rzadkie i prawie wodniste. Powiem w sekrecie, ze jeśli oszukamy, dodając więcej maki i rozcieńczajac wodą, żeby było więcej, to wcale nie wyjdzie gorzej, a więc widać, że stary cap Marks kłamał przez zęby powiadając, że ilość przechodzi w jakość, psiakość. Uwaga: do ciasta NIE WOLNO wrzucać nawet odrobiny cukru, bo się będzie przypalać.

Naleśniki smażymy na prawie sucho na prawie suchej patelni z francuskiego teflonu. Można chyba na innej, ale osobiście smażę na Tefalu. Z czerwonym kółkiem pośrodku, bo bez to jest made in china, mimo że też Tefal.  Umaczanym w oleju rzapakowym (Canola) kawałku ręcznika papierowego co jakiś czas przecieramy lekko dno patelni na wszelki wypadek. Powinno sie do tego używać słoninki na widelcu, ale gdzie ja teraz będę latał po okolicy i szukał słoninki.

Nalesniki układamy na dużym, płaskim talerzu odwróconym do gory nogami.

Zawijamy naleśnikowe rulony, wypełniajac szczodrze wypełnieniem. Układamy na tacce metalowej i bardzo krótko, prawie wcale, zapiekamy w tosterze albo kuchence. Słowacy składają napełniony naleśnik na czworo, ale akurat mieliśmy inną fantazję.

Podajemy na niewielkim, płaskim talerzyku, polane sosem, który robimy w sposób następujący:

Czekoladę gorzką (może być kuchenna) doprawiamy do smaku odrobiną cukru pudru (mój sekret: miodem) i podgrzewamy ostrożnie w maleńkim naczyniu, a najlepiej w kąpieli z goracąj wody. Podobnie jak przed wojną stolarz podgrzewał klej stolarski. Gdy zawartość jest już płynna i wyśmienita, zaprawiamy kieliszkiem rumu albo lepiej koniaku (po zdjeciu z ognia, bo inaczej bedzie fajerwerek, który nam zniszczy fryzurę bezpowrotnie.  No, może Wam, a nie nam, albowiem nam włosów niemal brak).

Można sos zrobić jeszcze perwersyjniej: Ukręcamy na parze żółtko z cukrem pudrem (4 łyżeczki) na kogiel mogiel, zaprawiamy roztopioną czekoladą i koniakiem. Goście z zachwytu chodzą po suficie i to na rzęsach. Włączając panią D, która jest na permanentnej diecie. Sam widziałem.

Fajnie wygląda dekoracja z maleńkiego listeczka swieżej mięty.  Na kupie z bitej śmietanki  i obok wisienki.

Do tego mocna kawa.

Liczenie kalorii to ideologia dla niewolnikow systemu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Naleśniki po słowacku

  1. Marucha pisze:

    Uwaga dla współadmina:
    Aby zmienić sobie podpis na blogu (np. z Bardzop na Bardzo) trzeba wejść na „kokpit” (czyli panel administracji), w menu po lewej stronie wyszukać „Użytkownicy – wszyscy użytkownicy”, po prawej stronie wyszukać siebie na liście użytkowników, naprowadzić myszę na swoją ksywkę i wykonać funkcję „Edytuj”.
    Zmieniamy sobie „Display name publicly as” … Bardzo.

  2. Marucha pisze:

    Wspominam takie naleśniki z wycieczki w Tatry Słowackie, jaką kilka lat temu odbyłem z gajową Maruszyną. Chodziliśmy po górach, wjechaliśmy kolejką linową do Skalnatego Plesa, a po południu wpadliśmy do restauracji w Tatrzańskiej Łomnicy…

  3. Dzonyy pisze:

    a ja mam taki przepis na naleśniki z Wegier. Ciasto robimy w sposób taki, iż na szklankę mąki dajemy szklankę mleka i jedno żółtko i (wbrew przepisowi Pana Bardzo), łyżkę stołową cukru. Dwie szklanki maki to dwie szklanki mleka itd….Białką osobno. Miksujemy ciasto i odstawiamy w chłodne miejsce na pół godziny. Miksujemy białko na sztywno. Ile białek tyle łyżeczek cukru pudru. Nie wiem, czy P. Bardzo się zgodzi, miksowanie białek na sztywno lepiej wychodzi w szklanym półmisku. Po pół godzinie mieszamy delikatnie ciasto z białkami i otrzymujemy masę, którą smażymy wg przepisu P. Bardzo. Do tego – czekolada jak wyżej, owoce, moje dzieci ją z nutellą, serkiem waniliowym…..Słodkie i pyszne. Polecam i pozdrawiam:)

    • Marucha pisze:

      To mi przypomina tzw. „grzybek”. Co prawda ja nie dodawałem cukru, za to niekiedy dodawałem drobno pokrojone uduszone grzyby, albo pokruszony ser pleśniowy typu Roquefort:

  4. Dzonyy pisze:

    O, taki ser ze zdjęcia, plus jeszcze trzy inne i mamy makaron „cztery sery”, quattro formaggi. Słuszna porcja kalorii na zimowe dni:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s